kolektywizacja-rolnictwa

Jak równano chłopa z ziemią czyli kolektywizacja rolnictwa

 

We wrześniu 1948 roku w Polsce decyzję o kolektywizacji rolnictwa podjął KC PPR na podstawie rezolucji Kominformu z czerwca 1948, o rozpoczęciu kolektywizacji we wszystkich państwach komunistycznych. Ale w Polsce chłopi dali niespodziewany opór.

Kolektywizacja miała być powszechna, ale mimo zastosowania przez władze komunistyczne środków przymusu, do 1951 powstało tylko około 2200 spółdzielni, zajmujących zaledwie 0, 8% gruntów rolnych i zrzeszających 23 tysiące członków. Te spółdzielnie rolnicze powstały w 4 typach, m.in. zrzeszenia uprawy ziemi (ZUZ), charakteryzujące się wspólną własnością gruntów a jednocześnie zachowujące prywatną własność części składowych gospodarstwa (maszyny, narzędzia, itp.) oraz rolnicze zespoły spółdzielcze (RZS), które cechowała wspólna własność ziemi i inwentarza gospodarczego. Do tych spółdzielni przystępowali głównie chłopi o niskim statusie ekonomicznym, którzy otrzymali ziemię w wyniku parcelacji podczas reformy rolnej w okresie lat 1944-1948 (w tym podczas parcelacji i osadnictwa na Ziemiach Zachodnich w latach 1944-1945). Oprócz niej nie mieli ani narzędzi do uprawy ziemi ani pieniędzy na ich zakup. Gospodarstwa otrzymane w wyniku parcelacji nie miały też inwentarza, budynki były zdewastowane lub nawet ich nie było, częstym zjawiskiem było, że osadnicy mieszkali nawet w ziemiankach. Nie mieli też stosownej wiedzy  rolniczej i to ich skłoniło do udziału w kolektywizacji, gdyż liczyli na poprawę warunków ekonomicznych. Ale w 1951 roku komunistyczne władze stwierdziły, że kolektywizacja w Polsce nie przebiegnie zgodnie z sowieckimi planami i zbiorowego entuzjazmu nie wzbudzi. Wzbudzi tylko opór.

Wobec powyższego od czerwca 1952, równolegle z powstaniem PRL zaostrzono represje wobec jej przeciwników. Przeprowadzano na wsiach rewizje w celu poszukiwania zboża i innej żywności, niszczono chłopskie mienie, za opór dokonywano aresztowań. Komunistyczni aktywiści zwłaszcza z ZMP dopuszczali się wielu przestępstw przy rewizjach i rekwizycjach zboża. Do najczęstszych należały pobicia, rozboje i kradzieże, nagminne było dewastowanie gospodarstw chłopskich, w których znaleziono ukryte zboże. Nakładano domiary finansowe, wprowadzano przymusowe dostawy. Wielu rolników doprowadzono do bankructwa.  Jedną z powszechniejszych form represji były kary pieniężne – w okresie 1948-1955 karę grzywny orzekano w stosunku do 1,5 miliona chłopów każdego roku, za niewywiązywanie się z przymusowych kontyngentów, niejednokrotnie dodatkowo orzekając karę obozu pracy lub więzienia.

Rekwizytorzy i ZMPowcy byli niemal bezkarni, jeden z dawnych działaczy ZMP dziś emerytowany nauczyciel tak opisuje tamte czasy „ to były inne czasy, aktywiści tłumaczyli nam, że kułakiem jest ten chłop, który posiada 15 ha lub więcej. Myśmy ich tylko rozkułaczali chłopi w Polsce byli są i będą oporni na wiedzę. Im jest zawsze dobrze taki w domu śpi a w polu mu samo rośnie, nie rozumieli, że nam w miastach potrzeba chleba. Że robotnik musi się najeść i wypocząć. Jeszcze w maju 1945 r. nasz główny ekonomista PPR Hilary Minc głosił na posiedzeniu KRN: „Odrzucamy jako prowokację rozsiewane przez wroga insynuacje, jakoby po reformie rolnej miały przyjść kołchozy. Stoimy twardo na gruncie indywidualnych gospodarstw chłopskich”. Ale wobec faktu, że chłopi nie chcieli sprzedawać swych plonów, trzy lata później  KC PZPR ustaliło, że kułaków, czyli tych, którzy posiadają 15 i więcej hektarów i na pewno ukrywają plony, należy rozkułaczyć. Oficjalna propaganda głosiła, że to przez nich ciężko pracujący robotnik chodzi głodny. Ideolog ekonomiczny Minc też już forsował kolektywizację. „Nasz rolnik – ogłosił na posiedzeniu VII Plenum KC PPR – nie nadąża za tempem rozwoju przemysłu, bo to jest rolnik indywidualny, a więc taki, który nie może stosować nowoczesnych maszyn i zdobyczy agrotechniki”. Mocą ustaw zarządzono planowany skup zboża i mięsa. My mieliśmy instrukcje – „Bogaczy wiejskich należy zmusić do sprzedania swoich nadwyżek zbożowych państwu przez wywieranie nacisku moralnego oraz rygorami i sankcjami”. Na akcje jeździło nas kilkunastu, wybieraliśmy zawsze te gospodarstwa, które były oporne i nie realizowały planowych obowiązkowych dostaw. Chłopa by wydał ukryte zboże należało zastraszyć a to naród oporny i zawzięty, niewiele pomagały okrzyki – „Pokaż, skurwysynie, gdzie masz zboże ukryte!”. Często musieliśmy przetrząsnąć chałupę a że parę mebli pękło to trudno, sami byli sobie winni. Niewiele z tego mieliśmy ćwiartkę wódki na wyjazd i to co się u chłopa zjadło. Mnie za aktywność przydzielono mieszkanie i dostałem rower.”

Inny z byłych działaczy sędzia obecnie w stanie spoczynku ( sądził jeszcze za III RP – przyp. Red) w 1953 roku tak napisał do swego brata – „ Z M… były zawsze kłopoty, typowa ulicówka, osadnicy z za Buga nieuświadomieni społecznie. Do tego katabas, który nawołuje ich do nie wstępowania do spółdzielni. Byliśmy u wdowy Marecliny, nie oddała całego kontyngentu. Miała ukryte trzy worki zboża, podobno tylko na siew i pięć worków żyta i owsa dla konia ale świętych obrazów to cała chałupa wszystkie je połamaliśmy. Dopiera jak Julek przyłożył jej w pysk pokazała gdzie ukryła to zboże. Alek rozwalił jej piec a w nim znalazł dwie świnki, głupia baba w płacz, że to poniemieckie i nic nie wiedziała, Zabraliśmy miód trochę cukru i słoninę z beczki przyda się do naszej świetlicy a baba będzie miała domiar. U Surmy znaleźliśmy 8 metrów żyta, co z tego , że oddał te półtorej tony co miał obowiązek, to żyto też powinien sprzedać, dostał tylko baty niech się cieszy.”

W końcu zorientowano się, ze zmusić chłopów do kolektywizacji może marchewka, a nie kij. I tak nie zaprzestając działań represyjnych, dano spółdzielniom rolniczym dodatkowe przywileje. Trochę pomogło, ale bez przesady.  W 1953 było w kraju 7800 spółdzielni przy obszarze 1207 tys. ha (6, 7% ogólnej powierzchni gruntów rolnych w Polsce) oraz zrzeszonych w nich 160 tys. członków.

Typowa spółdzielnia zrzeszała przeciętnie 20 członków, którzy uprawiali obszar ok. 80 hektarów ziemi rolnej, dysponując przy tym ok. 65 sztukami bydła i trzody chlewnej – przy tym obszarze, liczebności i dysponowanymi środkami produkcji, osiągała niższą produkcję z 1 hektara ziemi rolnej niż przeciętne gospodarstwo indywidualne. Do uspołecznionego rolnictwa zaliczano również powstałe w 1949 Państwowe Gospodarstwa Rolne, czyli PGR-y. Zajmowały one w sumie ok. 10% powierzchni upraw, również cechując się niską wydajnością pracy i słabą efektywnością produkcji rolnej. W niektórych z pegieerów chwalono się, że zbiera się 200% zasianego zboża, w statystyce wyglądało to dobrze ale było tragicznym osiągnięciem. Na efekty prób przymusowej kolektywizacji nie trzeba było długo czekać, doprowadziły one nie do odbudowy, ale do  spadku produkcji rolnej i stworzyły perspektywę szybkiej ruiny rolnictwa w kraju. Wpływ na niedoinwestowanie sektora rolniczego miało również poważne przesunięcie nakładów finansowych na przemysł zbrojeniowy i infrastrukturę wojskową, co związane było z prowadzoną przez ZSRR wojną koreańską (1950-1953). W efekcie na wsi zabrakło nawozów sztucznych, maszyn oraz najprostszych narzędzi typu wiadra czy gwoździe. Powstały istotne braki w zaopatrzeniu dużych miast oraz pogorszenie warunków codziennej egzystencji ludności. Zaczęło robić się gorąco. Naród źle znosi głód. Lecz oficjalna propaganda odwracała uwagę opinii publicznej od błędów PZPR w polityce rolnej, tłumacząc społeczeństwu zaistniałą sytuację nieweryfikowalnymi twierdzeniami – działaniami sabotażystów sypiących w tryby maszyn piasek, chowaniem przez kułaków zboża i mięsa, czy też spiskiem agresywnych imperialistów przeciwko miłującym pokój narodom, (czyli państwom socjalistycznym). Na USA ( a nie na brak środków owadobójczych) zrzucono odpowiedzialność za plagę stonki. Wmawiano, że była ona zrzucana przez amerykańskie samoloty do Bałtyku, skąd przedostała się na nasze ziemie. Jak widać amerykańska stonka potrafiła pływać, powołano nawet specjalne oddziały do jej zwalczania na plażach ( można to zobaczyć w starych kronikach filmowych – przyp. red.). Winni byli  wszyscy tylko nie głupia partyjna polityka.

O tym, że kolektywizacja się w Polsce nie uda zorientował się dopiero w 1956 roku Władysław Gomułka. Pod społecznym przymusem. Nie mając wyjścia z sytuacji ciągłego niedoboru żywności, w obliczu strajków,  oficjalnie uznał prywatne rolnictwo w Polsce, jako specyfikę tzw. polskiej drogi do socjalizmu, a władze komunistyczne rezygnowały stopniowo z przyspieszonej kolektywizacji. Liberalizacja polityki w tym zakresie, zmniejszenie obciążeń finansowych gospodarstw indywidualnych, spowodowały gwałtowny regres systemu spółdzielni rolniczych – po 1956 ich liczba w Polsce spadła do  1800 za to poprawiło się znacznie zaopatrzenie. Gomółce można wiele zarzucić ale co jak co to wycofał on projekt ustawy o obrocie ziemią rolna, który przewidywał, że ziemie mógł kupić tylko chłop zamieszkały w danym powiacie a i tak zgodę miało wyrażać państwo.

Apogeum przymusowej kolektywizacji miało miejsce w 1953 roku. Do początku lat 60. zrealizowano ją we wszystkich krajach bloku sowieckiego z wyjątkiem Polski, gdzie rolnictwo zostało w większości nie skolektywizowane. Polska pozostała pod tym względem wyjątkiem w całym bloku.

Dziś spółdzielczość jest w modzie. Spółdzielczość prawdziwa, nieudawana. Ale cena wizerunkowa, jaką do tej pory płaci ta forma działalności gospodarczej za wykorzystanie jej w PRL – nadal jest wysoka tym bardziej, że mamy jeszcze socjalistyczny niezreformowany przeżytek Spółdzielnie Mieszkaniowe.

Michał Sandomierski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *