piraci-fakty-czy-przesady

Piraci – fakty czy przesądy?

Karaiby u schyłku XVII wieku były siedliskiem wielu piratów, nie wszyscy oni byli prostymi marynarzami, ale wielu z nich posiadało dogłębną wiedzę geograficzną. Kilku z nich pozostawiło ciekawe relacje na temat Indian zamieszkujących tamte tereny oraz wielu niewyjaśnionych zjawisk i zdarzeń.

La Monte pirat włoskiego pochodzenia nie był tak znaną postacią jak Henry Morgan i do piratów przyłączył się dopiero po zdobyciu Puerto Principe. Pozostawił jednak wydaną dwadzieścia lat później mało znaną broszurę. Opisuje w niej zwyczaje piratów, ale także zwyczaje i praktyki magiczne Indian.

Nieustraszeni piraci bali się jednego – morskich otchłani. Jak wszyscy żeglarze, byli przesądni i wierzyli w istnienie rozmaitych stworów z głębin. Szczególnie obawiali się straszliwego ducha Davy’ego Jonesa, kapitana Latającego Holendra. Według La Monta, Davy Jones nie był kapitanem okrętu, lecz diabłem lub demonem morskim zabierającym dusze topielców. Legenda strasznego kapitana z otchłani wód straszyła też prawdziwych piratów, a jedną z pierwszych wzmianek o nim znajdziemy w powieści „The Adventures of Peregrine Pickle” Tobiasa Smolletta z 1751 roku. Tam pojawia się sformułowanie „Davy Jones locker”, skrzynia Davy’ego Jonesa, jako synonimu dna morskiego, na którym lądują topielcy. – (cyt. Katarzyna Burda).  Natomiast Latający Holender, zgodnie z opisem La Monta to statek widmo pod dowództwem Van der, Deckena, który po kres czasów za obrazę Boga będzie pływał dowodząc załogą złożoną ze szkieletów przynosząc nieszczęścia tym wszystkim, którzy go spotkają.

Innym statkiem widmem to Islamski okręt Hizira. La Monte opisuje, że w tawernie w Port Royal jeden z marynarzy opowiadał jak napotkali w okolicach Barbados islamski okręt bez załogi. Po wejściu na pokład znaleźli szkielet islamskiego dowódcy okrętu przybity gwoździem przez czaszkę do masztu na pokładzie i pod nim szkielety pozostałej załogi. Wszędzie leżały kosztowności a ładownie okrętu wypełnione były wszelakim dobrem. Piraci przenieśli na swój okręt cześć skarbu a sam statek obsadzili własną załogą, jako pryz. Nie mogli tylko usunąć szkieletów islamskiej załogi, gdyż szkielety były jakby przyklejone do pokładu. Obie jednostki ruszyły do Port Royal, lecz nocą szkielety ożyły i w świetle księżyca oblekły się w ciało. Następnie w nieznanym języku zaczęły wieść ze sobą spór, który przerodził się w walkę, kapitana przybito do masztu a załoga wyginęła w bratobójczej walce. Co gorsza statek nie słuchał steru i sam płynął swoim kursem w świetle księżyca.

Także kosztowności przeniesione na piracki okręt znów pojawiły się na islamskiej jednostce. Drugiej nocy jeden z piratów został zaatakowany przez ożyłego i zginął od ciosu szablą.

Piraci, choć niby wzywali szatana i chętnie powoływali się na niego to jednak byli na swój sposób religijni i w razie sztormów lub innych zagrożeń żarliwie modlili się do boga. Na trzeci dzień załoga zebrała się i wspólnie uradziła, aby mimo łupów porzucić przeklęty statek. Ten jednak podążał za pirackim okrętem jeszcze przez całą dobę, mimo iż żaden z piratów go nie prowadził i nikt na nim nie przebywał. W nocy na ciałach tych piratów, którzy rabowali skarb lub przebywali na pokładzie przeklętego okrętu pojawiły się ślady zadrapań wykonanych jakby pazurami.

Według La Monta – Mtoto zbiegły niewolnik i pirat opowiadał mu, że kilka lat temu podróżując do wybrzeża amerykańskiego by zagarnąć tam jakiś statek kupiecki w trakcie mgły zauważyli dziwny statek podobny do pirogi, lecz znacznie większy i z żaglem po środku oraz rogami na dziobie. Okręt ten płynął na przekór wiatrom i falom, gdy próbowali za nim płynąc to ów dziwny statek przepłynął przez wystające skały jakby to była woda i zniknął we mgle.

Od tego spotkania korsarzom się nie wiodło, nie napotkali żadnej zdobyczy a gdy płynęli na Bermudy napotkali dziwne zjawisko. Chmury przybrały dziwny odcień na masztach pojawiły się ognie św. Elma, kompas zwariował i pokazywał wszystkie kierunki północy na raz. Uciekali przed tym zjawiskiem i wpłynęli w dziwną lepką mgłę, wiatr, co chwile zmieniał kierunek. Tak błąkali się przez dwa dni, kiedy wreszcie z niej wypłynęli wpadli w burzę, która zmyła dwóch piratów do morza i strzaskała jeden z masztów. Przetrwali burzę, ale jak się uspokoiło morze nawigator próbował ustalić ich położenie kwadrantem i wtedy okazało się, że są przy brzegach Florydy. Jak tam dopłynęli nikt nie wiedział, z trudem na przeciekającej jednostce dotarli do Nassau.

Sam La Monte także przeżył dziwne zdarzenie. W trakcie jednego napadów na statek kupiecki ich jednostka została uszkodzona a on sam poważnie ranny. Na dodatek wpadli na skały i ich okręt uległ rozbiciu, ocaleli z trudem dotarli do brzegu. Tam zaopiekowali się nimi Indianie „maja” ( chodzi o Majów), tak jak piraci nienawidzili oni Hiszpanów. Jeden z indiańskich kapłanów zabrał La Monta i paru innych rannych piratów do tajemniczej świątyni, mdlejącego z bólu La Monta położył nagiego na kamiennym ołtarzu i mamrotał jakieś zaklęcia.

Pod ich działaniem ból zaczął ustępować z ran przestała płynąc krew a złamana noga zrosła się. Tak samo postąpił z innymi rannymi korsarzami, wszystkich uzdrowił nawet rannego w brzuch cieślę, któremu wypłynęły wnętrzności.

Piraci przebywali wśród Indian kilka miesięcy i byli świadkami kilku dziwnych ozdrowień sam La Monte opisuje przypadek wyleczenia Indianina ukąszonego przez jadowitego węża. Leczył zawsze kapłan a jego pomocnicą była Indianka o imieniu Purau. Przy ołtarzu ofiarnym znajdował się kamień z wyrytym symbolem – „…trzy okręgi o wspólnym środku, z wpisanym pomiędzy środkowe krzyżem greckim. Między dwoma skrajnymi okręgami widać było próbę zakreskowania…”. Indianie opowiadali La Monte jak przed wiekami byli wielkim ludem, ale potem większość odleciała do gwiazd porzucając swe miasta. Kamień miał pokazywać łódź, na której odlecieli. Purau mówiła, że przed wiekami Bogowie kilkakrotnie próbowali ulepić człowieka z gliny, drewna i słomy. Gdy stworzone w ten sposób istoty okazały są zbyt głupie, by należycie oddawać cześć bogom, ci wytępili ich potopem; potomkowie nielicznych uratowanych wdrapali się na drzewa i przemienili w małpy. W końcu człowiek został ulepiony z maki kukurydzianej i krwi bogów, a bogowie zasiedli w chwale i kazali mu oddawać sobie cześć. Niektórzy z bogów posiedli ludzkie kobiety i mieli z nimi dzieci, które stawały się kapłanami i uzdrowicielami. Sam uzdrowiciel opowiadał korsarzowi, że świat został trzykrotnie zniszczony. Po raz pierwszy zniszczony został przez słońce w momencie, gdy Ziemia była zaludniona przez karły – budowniczych wielkich zrujnowanych miast. Część z nich przetrwała potop w podziemnych pieczarach i jamach, gdzie do dziś przebywają. Po raz drugi świat, zamieszkiwany przez ponure plemię „grzeszników”, został zniszczony przez wiatr. Trzecie zniszczenie dokonało się przez wodę, której władcą był Chac Talog ( Chac – Tlaloc – przypisek red), i to on, według legendy, zniszczył trzeci świat. Zesłał na ziemię potężną powódź, zatopił miasta i piramidy Indian, ludzi, którzy przeżyli potop zamienił w ptaki. Czwarte zniszczenie świata ma dopiero nastąpić.

Jeden z korsarzy był czarnoskóry a Indianie opowiadali, że przed wiekami na sąsiednim terytorium panowali także czarnoskórzy władcy którzy przybyli z za morza.

Po kilku miesiącach piraci zdobyli łódź poławiaczy żółwi i pożeglowali na Tortugę. Po drodze napotkali Daniela Montbarsa zwanego Eksterminatorem i przyłączyli się do jego wyprawy.

O przypadkach dziwnych ozdrowień pisał nie tylko La Monte, prawie sto lat później pirat Cancarte

odsiadując wyrok opowiadał kapelanowi zdarzenie ze swej młodości jak został poważnie ranny i jak Indianie zabrali go do tajemnej jaskini, gdzie szaman posypał jego rany jakimś proszkiem a następnie uczynił zaklęcia, które go ozdrowiły.

Rivera (Franc Hofman – przypisek red.) korsarz i awanturnik, były pastor luterański zbiegł z Prus po zabiciu polskiego szlachcica na Antyle na Sint Maarten, gdzie przystał do piratów. W latach 1740 do 1752 oddawał się „słodkiemu zajęciu”, w czasie jednego z abordaży na zdobytym angielskim szkunerze odnalazł w ładowni umierającego hiszpańskiego zakonnika. W jego tobołku znalazł mapę prowadzącą rzekomo do indiańskich skarbów. Ponieważ piraci byli już wypierani z Karaibów skrzyknął kilku kompanów i w 1752 roku ruszył z Meksyku ku Andom na poszukiwanie skarbów.

Po roku wędrówki pozostało tylko ośmiu piratów, ale doszli do pasma, w którym miała znajdować się ukryta piramida i ruiny miasta. Kilka miesięcy stracili na poszukiwanie właściwej doliny, zmarł też kolejny pirat i jeden z dwóch indiańskich przewodników. Przez tydzień penetrowali dolinę zanim znaleźli tak zwaną „chatę Holendra”, dalszy szlak okazał się wąską górską ścieżką, która doprowadziła ich do ruin miasta. Rivera opisuje je zniszczone trzęsieniem ziemi w którym zginął Basil i w którym nie znaleziono jakiegokolwiek złota. Nieopodal miasta znajdowała się grota, w niej piraci odnaleźli zniszczone schody prowadzące w głąb jaskini. Na ich końcu znajdowało się na wpół zniszczone sanktuarium ze złotym posążkiem wyobrażającym postać w półokrągłym nakryciu głowy, która to postać piraci uznali za wyobrażenie boga „inti” ( faktycznie to postać wyobrażająca Mama Quilla, – przyp. Red.) wokół sanktuarium leżały złote posażki przedstawiające kobiety. Za sanktuarium znajdowało się zapadlisko wypełnione wodą a przy nim i w nim złote posążki przedstawiające żaby. W zapadlisku było precjozów więcej i przez kilka dni piraci wydobywali wszelkie złoto jakie zdołali znaleźć. Zgromadzili go tyle, że według Rivery nie mogli go unieść. Przenieśli je tylko do jednego z mniej zniszczonych domów w mięście i tam ukryli. W ostatnim dniu poszukiwań  znaleziono w jaskini mały na wpół zasypany korytarzyk,  Beck, Rivera i przewodnik Cubeo z trudem się przez niego przecisnęli i odnaleźli jaskinię o wygładzonych ścianach a w niej sarkofagi obsypane gruzem. Z jednego z nich odsunęli płytę wierzchnią i znaleźli ozdoby z jadeitu ułożone na szklanym wieku pod którym leżała mumia lecz doskonale zachowana, mumia człowieka o dziwnej wydłużonej głowie. Indiański przewodnik widząc ją uciekł z jaskini ale piraci próbowali stłuc wieko lecz nawet wystrzał z pistoletu nie naruszył szklanego wieka. Na każdym sarkofagu znajdował się wizerunek przedstawiający trzy okręgi o wspólnym środku, z wpisanym pomiędzy środkowe prostym równoramiennym krzyżem. Pod ścianami leżały całe sznury powiązane w węzełki.

Pozostawszy nienaruszone sarkofagi piraci obładowani złotem ruszyli w drogę powrotną. Ta okazała się piekłem najpierw w przepaść spadł kolejny pirat, potem dopadło ich trzęsienie ziemi. Z wycieńczenia zmarł kolejny pirat lecz pozostała czwórka dotarła do siedzib ludzkich. Pomocy udzielili im dawni powstańcy Juana Santosa lecz gdy odkryli, że piraci posiadają zrabowane złoto siłą próbowali im je odebrać. W walce zginał jeden pirat i wszyscy indiańscy powstańcy a sam Rivera został poważnie ranny i porzucony przez towarzyszy. Jak sam opisuje rany posypał cukrem i pilnując swego złota z kordelasem w dłoni czekał śmierci lub wybawienia. Dostał jednak gorączki i stracił przytomność. Ocknął się dopiero w obecności szamanów którzy dziwnymi zaklęciami i rytuałami ozdrowili go. Rany zagoiły się w jeden dzień a po tygodniu był gotów do podróży.  Jeden z szamanów oddał złoto jakie pirat miał przy sobie i zaprowadził Riverę na szlak mówiąc na pożegnanie, że powinien zostawić to złoto bowiem nie przyniesie ono mu szczęścia.

W 1760 Rivera wyjechał do Brazylii i w 1763 osiadł w Rio de Janeiro złoto zainwestował w handel bawełną, zginął jako starzec w trakcie powstania w 1794 roku. Pozostał po nim rękopis, który jego syn zawiózł do Prus  około 1807 lub 1809 roku. Znajdował się on w Królewcu i zaginął lub został ukryty w 1945 roku.

Opowieści o skarbach i tajemniczych uzdrowieniach jest więcej a niemal każda z nich mogłaby się stać kanwą filmu przygodowego. Kim byli uzdrowiciele dziś nie wiadomo czy byli naukowcami lekarzami, potomkami dawnych atlantów. Czy pochodzili kosmosu a może z dawniejszej nie odkrytej do dziś kultury.

Michał Sandomierski